wiolik
26-09-2008, 09:45
Temat przeniesiony (czy jak ten zabieg nazwać) ze starego forum.
Jestem "świeżo" po rozmowie z pewnym księdzem na powyższy temat. Rozmowa miejscami była fascynująca, a pytania należą do zasadniczych: Po co chodzę na Eucharystię? Co zmienia ona w moim życiu? Czy jest jeszcze misterium i co decyduje o tym, że jest misterium?
I odpowiedzi miały być niewyuczone, własne, przemyślane...
Z rozmowy wynika mi mniej więcej tyle, że Eucharystia powinna być prosta i piękna.
mirpi
Eucharystia jest spotkaniem z Panem Jezusem.
Kapłan nie powinien odwracać uwagi a raczej na to spotkanie ukierunkowywać.
Liturgia dostosowana do intencji, czytań i grupy wiernych; żadnych dodatków "poza protokołem".
Cała reszta w naszych rękach i sercach.
Jak to spotkanie: może być przypadkowe albo umówione i oczekiwane;
namiętne i bliskie lub sztywne i oziębłe.
Wszyscy razem ale każdy inaczej.
Kapłan przygotowuje miejsce i zaprasza gości ale nie przeszkadza.
Sam ma swoje spotkanie i swojego gościa.
Do świętości i do Nieba idziemy w pojedynkę (choć obok siebie czasem).
Filip
Cytat:
Do świętości i do Nieba idziemy w pojedynkę (choć obok siebie czasem).
Hmm... Nie wiem, mogę się mylić, ale słyszałem kiedyś od jakiegoś księdza, że do nieba nie idziemy sami Owszem, każdy ma swoją własną drogę do przejścia i musi sobie czasem radzić sam, ale wokół nas są ludzie i mamy sobie wzajemnie pomagać "wchodzić do nieba".
Ten ksiądz powiedział też coś takiego, że (nie pamiętam dokładnie) do nieba wchodzimy z tymi, z którymi tu na ziemi było nam dane żyć. Mówił między innymi, że on jako ksiądz albo wejdzie do nieba ze swoimi parafianami albo nie; tak samo my albo wejdziemy z naszymi rodzinami albo nie. Chodziło mu głównie o to, że jakąkolwiek drogę wybierzemy to i tak znajdą się ludzie, których mamy wspierać i pomagać wierzyć( no i oni nam też ), czy to w małżeństwie, czy to w kapłaństwie i życiu konsekrowanym, czy też w samotności
Tak więc nie wiem jak to jest do końca z tym "wchodzeniem do nieba" Może ktoś ma pomysł ?
A co do przeżywania Liturgii, to wydaje mi się, że Liturgia (w tłumaczeniu chyba "dzieło wspólne" ) powinna być przeżywana razem, jak w jednej ogromnej wspólnocie wiernych. Pierwsi chrześcijanie spotykali się razem na Eucharystii ( "wszystko mieli wspólne" ) i to chyba o to chodzi, żeby tą chwilę przeżywać razem i wzajemnie się ubogacać śpiewem, słowem, postawą. itd...
Jeśli się mylę to proszę żeby mnie ktoś poprawił
wiola
No właśnie ten fragment też zwrócił moją uwagę, ale Filip mnie uprzedził...
To "pojedynczo" brzmi bardzo samotnie. Może jako żona, i to żona z Domowego Kościoła, patrzę na to inaczej. Uczyli nas, że Bóg nie zbawia ludzi pojedynczo, a już w małżeństwie to całkiem nie - bo jesteśmy nawzajem odpowiedzialni za swoje zbawienie, i to bardzo konkretnie. W małżeństwie taki samotny rajd do nieba, bez męża czy bez żony, to pomyłka. Co z tego, że się zbawi pan Kazio ze wspólnoty, jak męża tam nie będzie.
W sumie to pojedynczo, obok siebie brzmi bardzo smutno. Nie mogę się na to zgodzić.
A za zbawienie księdza też jesteśmy odpowiedzialni.
A z resztą się zgadzam.
mirpi
Myślę że rozpoczynamy razem ale czym bliżej to idziemy szybciej i sami.
Najpierw rodzice nas ciągają do kościoła, potem sami się wleczemy, potem żona mnie ciągnie albo ja ją popycham; coś się zmienia, wstaję wcześniej czytam ewangelię, idę w tygodniu na mszę świętą.
Rodzice nagle przyśpieszają i znikają z przodu za zakrętem.
"Odchodzi się zawsze do przodu" ktoś powiedział.
Decydujące jest zakończenie: dobry łotr w ostatniej chwili, Judasz też był posłany i czynił cuda jednak po grzechu nie wrócił, Piotr, Paweł - płód poroniony.
Ostatnia decyzja, ostatnie słowo tylko moje.
Wszystko przedtem jest przygotowaniem by nie dać się zwieść.
Rozpoznać Pana, przyznać się do winy i uwierzyć w miłosierdzie, nie zaprzeć się, przyjąć boży plan nawet będąc oślepionym.
W stosunku do innych jest wezwanie do głoszenia po krańce ziemi, dawania świadectwa, napominania, miłości miłosiernej.
Ale wiara i łaska jest darem Boga, nie moim.
Czy ja mogę kogoś zbawić? Czy mogę siebie zbawić?
To chyba pycha powiedzieć "ksiądz albo wejdzie do nieba ze swoimi parafianami albo nie".
wiola
mirpi napisał/a:
Najpierw rodzice nas ciągają do kościoła
Czasem się ciąga rodziców, a to trudniejsze niż ciąganie dzieci, niestety
Bycie z drugim człowiekiem nie oznacza likwidacji własnego "ja", więc normalne jest, że samotność się zdarza, ale jeśli się z kimś nią podzielę, ona przestaje być samotnością. Mąż jest tu nie do przecenienia. Tak samo jest z dzieleniem się w kręgu: możliwość zobaczenia, usłyszenia tego, jak Bóg mówi do innych, że jest Kimś - są takie chwile, których się nie opisze, ale kiedy się po prostu WIE. Czasem wystarczy dotknąć.
Mam nadzieję, że to jednak Pan Bóg będzie we mnie więcej mówił i to ostatnie słowo będzie Jego. Dawno temu prosiłam Go o to, żeby mnie nie puścił, nawet jak mi korba odbije, więc: skoro jest to zgodne z Jego wolą (a każe nam do siebie przychodzić), i jest On wierny swoim obietnicom, to ten problem mam z głowy. Bardziej mnie interesuje, czego On ode mnie chce w tej chwili.
I tu wracamy do Eucharystii.
mirpi
Nie myślałem o samotności (ale jak teraz czytam..).
Wydaje mi się teraz (dzisiaj) ża trwając w bożej obecności nie odczuwa się już samotności.
Ale jak pomyślę o pustyni świętych ... to się boję ... matka Teresa.
Może Pan daje siłę by to przetrwać.
Mnie podczas dzielenia się słowem najbardziej zaskakuje właśnie to zróżnicowanie, do każdego Pan mówi inaczej, mówi przez kogoś do mnie, albo ja mówię do kogoś.
Czasem mam słowo którego nie rozumiem, mówię sobie - powiedz bo to nie do ciebie.
I widzę jak to słowo trafia i przemienia.
W dialogu też t widać, jak pomimo wspólnego celu i wspólnego pragnienia działania, mamy tak różne zadania szczegółowe.
Chciałbym jeszcze odnieść się do "Dawno temu prosiłam Go o to, żeby mnie nie puścił,".
Pan czasami w objawieniach prywatnych, świętym, przekazywał obietnicę że po przyjęciu i wypełnieniu pewnych zobowiązań nie umrą w grzechu śmiertelnym.
Ale w drugą stronę to nie działa.
Jesteśmy wolni do ostatniej chwili życia i w kazdej chwili możemy powiedzieć "non serviam" (wypowiedział to przed Bogiem już Lucyfer). Gwarancja wolności wyboru jest pierwotna i nie odwołalna.
"Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę" św. Augustyn
Dlatego co rano mówimy "bądź wola Twoja" najlepiej na Eucharystii
wiola napisał/a:
I tu wracamy do Eucharystii
Pozdrawiam
Filip
Hmm
Cóż Co do tego wchodzenia do nieba, to jeszcze tylko tak króciutko
Mianowicie: wiem, że ostatecznie wybór zawsze należy do nas bo mamy wolną wolę i nikt nas nie może zmusić do niczego ani zbawić na siłę i tu przyznam, że w momencie podejmowania decyzji jesteśmy zdani sami na siebie, bo to my odpowiemy potem za swoją decyzję a nie ci, którzy nam podpowiadali.
Jednakże całe życie idziemy razem z innymi ludźmi i mamy się "wzajemnie upominać z miłością" i pomagać sobie nawzajem kiedy ta druga osoba już nie może iść dalej.Po to mamy siebie nawzajem, żeby razem tworzyć Kościół:)
"Bo nikt nie ma z nas tego co mamy razem. Każdy wnosi ze sobą to co ma. Zatem aby wszystko mieć potrzebujemy siebie razem. Bracie, siostro, ręka w rękę z nami idź."
Taka jest moja wizja drogi do nieba i będę się jej trzymać
A co do Eucharystii
Jedną rzeczą na którą dzisiaj zwróciłem uwagę jest to, że na mszy każdy wierny ma swoje zadanie:) Nie trzeba być Liturgiczną Służbą Ołtarza, kapłanem, diakonem, scholą czy organistą Każdy, kto przychodzi na mszę ma jakąś rolę w tym misterium. Nawet jeśli jest to odpowiadanie prezbiterowi czy śpiew części stałych, co robi cały lud zgromadzony:) Każdy człowiek obecny na Eucharystii jest ważny i potrzebny I to jest właśnie piękne: Eucharystia - dzieło wspólne całego Kościoła lokalnego
Jestem "świeżo" po rozmowie z pewnym księdzem na powyższy temat. Rozmowa miejscami była fascynująca, a pytania należą do zasadniczych: Po co chodzę na Eucharystię? Co zmienia ona w moim życiu? Czy jest jeszcze misterium i co decyduje o tym, że jest misterium?
I odpowiedzi miały być niewyuczone, własne, przemyślane...
Z rozmowy wynika mi mniej więcej tyle, że Eucharystia powinna być prosta i piękna.
mirpi
Eucharystia jest spotkaniem z Panem Jezusem.
Kapłan nie powinien odwracać uwagi a raczej na to spotkanie ukierunkowywać.
Liturgia dostosowana do intencji, czytań i grupy wiernych; żadnych dodatków "poza protokołem".
Cała reszta w naszych rękach i sercach.
Jak to spotkanie: może być przypadkowe albo umówione i oczekiwane;
namiętne i bliskie lub sztywne i oziębłe.
Wszyscy razem ale każdy inaczej.
Kapłan przygotowuje miejsce i zaprasza gości ale nie przeszkadza.
Sam ma swoje spotkanie i swojego gościa.
Do świętości i do Nieba idziemy w pojedynkę (choć obok siebie czasem).
Filip
Cytat:
Do świętości i do Nieba idziemy w pojedynkę (choć obok siebie czasem).
Hmm... Nie wiem, mogę się mylić, ale słyszałem kiedyś od jakiegoś księdza, że do nieba nie idziemy sami Owszem, każdy ma swoją własną drogę do przejścia i musi sobie czasem radzić sam, ale wokół nas są ludzie i mamy sobie wzajemnie pomagać "wchodzić do nieba".
Ten ksiądz powiedział też coś takiego, że (nie pamiętam dokładnie) do nieba wchodzimy z tymi, z którymi tu na ziemi było nam dane żyć. Mówił między innymi, że on jako ksiądz albo wejdzie do nieba ze swoimi parafianami albo nie; tak samo my albo wejdziemy z naszymi rodzinami albo nie. Chodziło mu głównie o to, że jakąkolwiek drogę wybierzemy to i tak znajdą się ludzie, których mamy wspierać i pomagać wierzyć( no i oni nam też ), czy to w małżeństwie, czy to w kapłaństwie i życiu konsekrowanym, czy też w samotności
Tak więc nie wiem jak to jest do końca z tym "wchodzeniem do nieba" Może ktoś ma pomysł ?
A co do przeżywania Liturgii, to wydaje mi się, że Liturgia (w tłumaczeniu chyba "dzieło wspólne" ) powinna być przeżywana razem, jak w jednej ogromnej wspólnocie wiernych. Pierwsi chrześcijanie spotykali się razem na Eucharystii ( "wszystko mieli wspólne" ) i to chyba o to chodzi, żeby tą chwilę przeżywać razem i wzajemnie się ubogacać śpiewem, słowem, postawą. itd...
Jeśli się mylę to proszę żeby mnie ktoś poprawił
wiola
No właśnie ten fragment też zwrócił moją uwagę, ale Filip mnie uprzedził...
To "pojedynczo" brzmi bardzo samotnie. Może jako żona, i to żona z Domowego Kościoła, patrzę na to inaczej. Uczyli nas, że Bóg nie zbawia ludzi pojedynczo, a już w małżeństwie to całkiem nie - bo jesteśmy nawzajem odpowiedzialni za swoje zbawienie, i to bardzo konkretnie. W małżeństwie taki samotny rajd do nieba, bez męża czy bez żony, to pomyłka. Co z tego, że się zbawi pan Kazio ze wspólnoty, jak męża tam nie będzie.
W sumie to pojedynczo, obok siebie brzmi bardzo smutno. Nie mogę się na to zgodzić.
A za zbawienie księdza też jesteśmy odpowiedzialni.
A z resztą się zgadzam.
mirpi
Myślę że rozpoczynamy razem ale czym bliżej to idziemy szybciej i sami.
Najpierw rodzice nas ciągają do kościoła, potem sami się wleczemy, potem żona mnie ciągnie albo ja ją popycham; coś się zmienia, wstaję wcześniej czytam ewangelię, idę w tygodniu na mszę świętą.
Rodzice nagle przyśpieszają i znikają z przodu za zakrętem.
"Odchodzi się zawsze do przodu" ktoś powiedział.
Decydujące jest zakończenie: dobry łotr w ostatniej chwili, Judasz też był posłany i czynił cuda jednak po grzechu nie wrócił, Piotr, Paweł - płód poroniony.
Ostatnia decyzja, ostatnie słowo tylko moje.
Wszystko przedtem jest przygotowaniem by nie dać się zwieść.
Rozpoznać Pana, przyznać się do winy i uwierzyć w miłosierdzie, nie zaprzeć się, przyjąć boży plan nawet będąc oślepionym.
W stosunku do innych jest wezwanie do głoszenia po krańce ziemi, dawania świadectwa, napominania, miłości miłosiernej.
Ale wiara i łaska jest darem Boga, nie moim.
Czy ja mogę kogoś zbawić? Czy mogę siebie zbawić?
To chyba pycha powiedzieć "ksiądz albo wejdzie do nieba ze swoimi parafianami albo nie".
wiola
mirpi napisał/a:
Najpierw rodzice nas ciągają do kościoła
Czasem się ciąga rodziców, a to trudniejsze niż ciąganie dzieci, niestety
Bycie z drugim człowiekiem nie oznacza likwidacji własnego "ja", więc normalne jest, że samotność się zdarza, ale jeśli się z kimś nią podzielę, ona przestaje być samotnością. Mąż jest tu nie do przecenienia. Tak samo jest z dzieleniem się w kręgu: możliwość zobaczenia, usłyszenia tego, jak Bóg mówi do innych, że jest Kimś - są takie chwile, których się nie opisze, ale kiedy się po prostu WIE. Czasem wystarczy dotknąć.
Mam nadzieję, że to jednak Pan Bóg będzie we mnie więcej mówił i to ostatnie słowo będzie Jego. Dawno temu prosiłam Go o to, żeby mnie nie puścił, nawet jak mi korba odbije, więc: skoro jest to zgodne z Jego wolą (a każe nam do siebie przychodzić), i jest On wierny swoim obietnicom, to ten problem mam z głowy. Bardziej mnie interesuje, czego On ode mnie chce w tej chwili.
I tu wracamy do Eucharystii.
mirpi
Nie myślałem o samotności (ale jak teraz czytam..).
Wydaje mi się teraz (dzisiaj) ża trwając w bożej obecności nie odczuwa się już samotności.
Ale jak pomyślę o pustyni świętych ... to się boję ... matka Teresa.
Może Pan daje siłę by to przetrwać.
Mnie podczas dzielenia się słowem najbardziej zaskakuje właśnie to zróżnicowanie, do każdego Pan mówi inaczej, mówi przez kogoś do mnie, albo ja mówię do kogoś.
Czasem mam słowo którego nie rozumiem, mówię sobie - powiedz bo to nie do ciebie.
I widzę jak to słowo trafia i przemienia.
W dialogu też t widać, jak pomimo wspólnego celu i wspólnego pragnienia działania, mamy tak różne zadania szczegółowe.
Chciałbym jeszcze odnieść się do "Dawno temu prosiłam Go o to, żeby mnie nie puścił,".
Pan czasami w objawieniach prywatnych, świętym, przekazywał obietnicę że po przyjęciu i wypełnieniu pewnych zobowiązań nie umrą w grzechu śmiertelnym.
Ale w drugą stronę to nie działa.
Jesteśmy wolni do ostatniej chwili życia i w kazdej chwili możemy powiedzieć "non serviam" (wypowiedział to przed Bogiem już Lucyfer). Gwarancja wolności wyboru jest pierwotna i nie odwołalna.
"Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę" św. Augustyn
Dlatego co rano mówimy "bądź wola Twoja" najlepiej na Eucharystii
wiola napisał/a:
I tu wracamy do Eucharystii
Pozdrawiam
Filip
Hmm
Cóż Co do tego wchodzenia do nieba, to jeszcze tylko tak króciutko
Mianowicie: wiem, że ostatecznie wybór zawsze należy do nas bo mamy wolną wolę i nikt nas nie może zmusić do niczego ani zbawić na siłę i tu przyznam, że w momencie podejmowania decyzji jesteśmy zdani sami na siebie, bo to my odpowiemy potem za swoją decyzję a nie ci, którzy nam podpowiadali.
Jednakże całe życie idziemy razem z innymi ludźmi i mamy się "wzajemnie upominać z miłością" i pomagać sobie nawzajem kiedy ta druga osoba już nie może iść dalej.Po to mamy siebie nawzajem, żeby razem tworzyć Kościół:)
"Bo nikt nie ma z nas tego co mamy razem. Każdy wnosi ze sobą to co ma. Zatem aby wszystko mieć potrzebujemy siebie razem. Bracie, siostro, ręka w rękę z nami idź."
Taka jest moja wizja drogi do nieba i będę się jej trzymać
A co do Eucharystii
Jedną rzeczą na którą dzisiaj zwróciłem uwagę jest to, że na mszy każdy wierny ma swoje zadanie:) Nie trzeba być Liturgiczną Służbą Ołtarza, kapłanem, diakonem, scholą czy organistą Każdy, kto przychodzi na mszę ma jakąś rolę w tym misterium. Nawet jeśli jest to odpowiadanie prezbiterowi czy śpiew części stałych, co robi cały lud zgromadzony:) Każdy człowiek obecny na Eucharystii jest ważny i potrzebny I to jest właśnie piękne: Eucharystia - dzieło wspólne całego Kościoła lokalnego